|
sobota, 25 kwietnia 2009
Wolniej, ale wciąż do przodu
Molestuje mnie nasza Tosia bez przerwy o wpisy. A mi jakoś łatwiej chudnąć, niż się wpisywać. Ale niech będzie, ponoć to półmetek akcji. Chociaż dla mnie końca dobiega czwarty miesiąc nie tyle zrzucania wagi, co przywracania zdrowego rozsądku. I jest... dobrze. W kilogramach - 18 od stanu wyjściowego. Od jakiś czterech tygodni stoi mniej więcej w miejscu, z delikatną tenedencją spadkową. Bo święta, bo chrzciny młodszej córki. W każdym bądź razie nawet jak się człowiek pilnuje, żeby miarkować się z jedzeniem, to przy "okazjach" zawsze tam te pół kilo w górę pójdzie. Ale ogólnie jest dobrze. Co do diety, to nie wiem czy można to nazwać dietą. Ale gdyby ktoś szukał tu wskazówek, to proszę: * nie jem bialego pieczywa, nie jem ziemniaków. * Ryż pełnoziarnisty, podobnie makaron, bardzo rzadko, najwyżej raz - dwa razy w tygodniu, w ilościach niewielkich. * Duuużo nabiału - albo pół litra mleka z płatkami na śniadanie, albo duży biały jogurt na kolację. * Obiad różnie, ale nie później niż o 14, zazwyczaj bazujący na mięsie kurczaka (np. kurczak w migdałach, kurczak z miodem i wiśniami, kurczak w fasoli). * Sporo warzyw i owoców. * Wspomaganie błonnikiem w tabletkach. *Chleb - wasa, albo pełnoziarnisty, zwykle domowy - mamy sprytną maszynę w co sama robi. Uwaga generalna - człowiek nie świnia, je z talerza nie koryta. Talerz jak wiadomo znacznie mniejszy. * Nie jem po 18. * Staram się nie podżerać. Jednak dieta to połowa sukcesu. Druga połowa to ruch. Bez tego nie ma przebacz. Po długiej przerwie wróciłem do biegania. Czasy mam na razie słabe, pokonywane dystansy też nie powalają na kolana, ale staram się przebiegać przynajmniej dwadzieścia kilometrów tygodniowo, trenując nie rzadziej niż co dwa dni. Ostatnio motywuje mnie to znacznie bardziej, niż spadająca wskazówka wagi. Przy bieganiu doskonale widać, jak organizm katowany kanapą i późnowieczornym obżeraniem się potrafi szybko wracać do normy. Dość powiedzieć że tylko podczas ostatniego tygodnia poprawiłem średni czas na kilometr o półtorej minuty, w dodatku kosztuje mnie to coraz mniej wysiłku. Wracają marzenia o maratonie. To dystans, do którego nigdy podczas wieloletnich przygód z bieganiem nie dobiłem. Chociaż wiele mi nie brakowało. Pisałem wyżej o wskazówkach wagi. Te obserwuję regularnie, dzień w dzień co rano. Może to i idiotyzm, bo pewnie rzeczywiście z dnia na dzień trudno o miarodajne wyniki ewentualnych zmian. Ale dla mnie przynajmniej to bardzo motywujący idiotyzm. Cel? Cel się nie zmienił - czyli waga w zakresie właściwym dla mojego BMI. Mierzę 189 centymetrów. Czyli tak wiele mi już do górnej granicy zakresu właściwego nie brakuje. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem w trzech czwartych drogi. Czy wytrzymam? Nie wiem. Ale to trochę tak jak z paleniem które rzuciłem prawie dwa lata temu. Z każdym kolejnym tygodniem powtarzałem sobie, że sięgnąć teraz po papierosa, to przekreślić sens całej dotychczasowej katorgi. A chudnie się znacznie łatwiej, niż wychodzi ze szponów nikotynizmu. Na koniec chciałem polecić tekst publikowany w ramach gazetowej akcji. Podpisałbym się pod wieloma z opisanych tam kwestii "obiema ręcyma". p.s. Co do żywieniowych wskazówek - cukier biała śmierć.
środa, 01 kwietnia 2009
Długooo nie było mnie na blogu
Długo mnie tu nie było, bo jakoś tak się trochę opuściłam w chudnięciu. Na siłownię chodzić się nie chciało, jedzenie kusiło niedozwolone.... a potem nie było czym się chwalić. Zwaliłam winę na zmiany w pogodzie, przyjście wiosny i takie tam różne okoliczności i od razu poczułam się lepiej. Słuchajcie. Nie można oglądać telewizji. Reklamy z jedzeniem lecą na okrągło. I jak nie program o jedzeniu, to 'mały głód', czy płaski smak zupy brrrrr. Niby się nie ogląda, ale o jedzeniiu przypomina. Wakacje niedługo, zbieram się w sobie i dobiero zobaczycie! Dieta - to oczywiste. Siłownia - koniecznie! Basen - tylko raz w tygodniu - bo z forsą krucho - ale jest. W planach - powrót do tańca brzucha. Nocami - piszę pisanki... Na sen nawet nie ma czasu.
Moi towarzysze w niedoli (hehe) radzą sobie różnie, różniście. Kuba - chudnie i chudnie mimo, że dziś skusił się na takie pyszne ciasto....(zdjęcie pod tekstem), Piotrek też się nim delektował (zdjęcie na górze). A ja nic!!!! Tyko powąchałam i zrobiłam zdjęcie.
A cały oddział je ciasta dzisiaj. I to nie jest żart!!! Wyglądają słodziutko i puszysto - te ciasta. Będę twarda.
środa, 18 marca 2009
Jeszcze dwie dziurki
Tak na dobra sprawę moge z czystym sumieniem powiedzieć, że to Gazeta dołączyła do mnie. Z wagą bowiem zacząłem walczył w ramach postanowienia noworocznego. Idzie mi całkiem nieźle. Mam taki stary ulubiony skórzany pasek. Od 1 stycznia posunąłem się na nim o dwie dziurki. To 15 kilogramów. Cel osiągnę za dwie kolejne dziurki. Można więc powiedzieć, że jestem w połowie drogi.
Tak wygląda te pół drogi i pojemnik po moim obiedzie w obiektywie Tośki. Ale fotografie kłamią. W rzeczywistości wciąż ważę dobrze ponad sto kilo. Chociaż przy moim wzroście, z moimi kościami, to nawet przed podjęciem noworocznego zobowiązania nie wyglądałem monstrualnie. Ot, duży facet. Ale buty mi zasznurować było dość trudno.
wtorek, 17 marca 2009
Minął tydzień
Nie wiadomo kiedy, minął tydzień a ja nie zabrałam się do pisania. Właściwie dlatego, że nie było czym się pochwalić..... Ledwo zmuszam się do ćwiczeń. Całe szczęście, że trenerzy są wyrozumiali i nie komentują moich nieobecności. A człowiek - czyli ja - zachowuje się debilnie. Jak nie idę do Maksa - to potem wyrzuty sumienia mam ogromne. Nie miala baba kłopotu - zaczęła się odchudzać. A przecież dla siebie to robię!!! I męczy mnie sumienie, że obiecywałam, i mam być przykładem i wstyd mi. Pewnie zauważyliście, że dołączyło do mnie dwóch facetów. Piotr z marketingu i Kuba z redakcji. Każdy z nas miota się między chęcią osiągnięcia 'wymarzonej' figury, a starymi przyzwyczajeniami.
środa, 11 marca 2009
Dość obijania się
Ubiegły tydzień to była 'ćwiczeniowa' klęska. Z różnych mniej lub bardziej ważnych powodów nie chodziłam na siłownię. A teraz wstyd!!!. Dobrze, że nie 'grzeszylam' w jedzeniu. A już w niedzielę było źle. Zjadlabym konia z kopytami. Słodkimi. Najlepiej bardzo słodkimi. W niedzielę rozmrażając lodówkę odkryłam resztkę gorzkiej czekolady. Ale to była uczta. W poniedziałek nie było wyjścia. Ze spuszczoną głową poszłam na siłownię. Dobrze, że Andrzej Karpuk (pilnuje mojego treningu) był trochę zajęty, to jakoś przemknęłam się na urządzenia kardio. Dziś - w planach - siłownia. Co prawda wieczór mam zajęty, ale plany to fajna rzecz. Jak odpuszczę - w czwartek będzie jeszcze gorzej.
poniedziałek, 09 marca 2009
... no i po łikendzie...
Nie jest dobrze. Myślałem, że mam już za sobą potężne uczucie głodu.... jakże się myliłem. Nie potrafię opisać słowami jak bardzo można być głodnym. Wydaje mi się, że za jedzenie zrobiłbym wszystko...... no może nie wszystko ale wiele. Niechce mi się pisać jak minął mi weekend........ Dziś było lepiej. "Nie ssało mocno w dołku", zjadłem lekkie śniadanko a i zupka bardzo smakowała, krupnik..... Na drugie gorzka kawa i standardowo woda. Zarobiony byłem i nie miałem czasu na bycie głodnym....
..... na wagę jeszcze nie stawałem.....
piątek, 06 marca 2009
...woda, moje koło ratunkowe...
Dziś nie było najgorzej. Stale napełniałem kubek wodą, piłem, piłem, piłem...... Głód już tak bardzo nie dokuczał, nie przeszkadzaly mi też plany obiadowe koleżanek. Na moje szczęście i one zdecydowały się na sałatkę. Ogólnie rzecz ujmując dzień minął bezboleśnie. Czeka mnie łikend.... pierwszy bez mojego ukochanego jedzonka :(..... na szczęście mam duży baniak z wodą ......
czwartek, 05 marca 2009
...może nie będzie tak źle...
Człowiek to takie stworzenie, które do wszystkiego może się przyzwyczaić.... W brzuchu burczy aż szyby dzwonią, można powiedzieć, że "głód boli" a z każdej strony atakują zapachami. „…może spaghetti a może pizza...” Skończyło się na naleśnikach i oładziach.Wiem, że było pyszne. Ja zupka, sałata i duuuuużo wody. Kawa bez cukru już nie jest taka zła, no i mniej myślę o jedzeniu. Powinno być dobrze. Jak już się przestawię się na mniejsze ilości jedzenia pomyślę o ćwiczeniach. Kuszenie babeczką
To ja cierpię (aby było bardziej dramatycznie - bo tak naprawdę nie cierpię), jem swoje - pyszne zresztą - śniadanko, a redakcyjny kolega przynosi do pracy własnoręcznie wypieczone BABECZKI!!! Świeżutkie, pachnące tak, że jeszcze czuję ten aromat i podsuwa do spróbowania. Tak z życzliwości. A w babeczkach - mąka razowa, orzeszki, bakalie i same pyszności.
A wie, że chcę schudnąć. Ale oparłam się. Chociaż ślinka leciała. Patrzyłam tylko jak znikają 'niszczone' przez zgrany zespół redacyjny. A kysz, a kysz. Kusiciele. Z jedzeniem idzie mi lepiej niż z ćwiczeniami.
środa, 04 marca 2009
Do biegu, gotowi...
Maszyna ruszyła. Pierwszy dzień diety. Nie sądziłem, że to taki ciężki kawałek chleba. Śniadanko mizerne, herbata poprawiająca przemianę materii....paskudztwo. W czasie drogi do pracy już byłem piekielnie głodny. Gorzka kawa z krowim mlekiem a do południa woda. Głód wzbiera, tak samo złóść. Trzymam fason choć jest ciężko... pora obiadowa-niestety zielenina. A śmiałem się z koleżanek, że jak będą się żywiły sałatkami to im z przodu siekacze urosną :) Było tak pięknie. Kotlety, frytki, cola, ciastka, chipsy a na przekąskę batonik. Słodka kawka z pączusiem. Łezka w oku się kręci..... ale dam radę, bo jak nie ja to kto. |
|